Spałam w opór, co niestety jak nigdy znaczyło: południe i nawet upał nie zerwał mnie na równie nogi. Zdecydowałam, że nic nie jest przyjemniejsze jak spacer, poznanie okolicy, wymiana pieniędzy, zwiedzanie i jeszcze raz zwiedzanie. Zdecydowałam, że Kanton będzie miejscem, po którym będę chodziła jak wytrawny kiper i będę kosztować i próbować.
Tak też zrobiłam- zwiedziłam piękny park na początek w którym radosne chordy uwaga nastolatków po 60-ątce oddawało się licznym aktywnościom sportowo- rekreacyjnym: śpiewanie, bieganie, taniec klasyczny, nowoczesny, gra w co się da, plotki jako zajęcie sportowe, a wszystko zawarte w uśmiechach i wrzawie. to bym chciała przemycić do Polski- tak niewiele a jednak tyle warzy.
Polazłam w ramach zapoznawania się z chińska kulturą do sklepu Carrefour. Dwupoziomowy i gdyby nie fakt przeważającej a właściwie miażdżącej liczbie chinolków to miałabym wrażenie ze jestem na warszawskim Bemowie. Jedzenie znakomite zresztą bywałam jeszcze tam wielokrotnie bo nęcą te wszystkie smacznie wyglądające produkty w zastraszająco niskich cenach. różnica: zero sztućców. Pałeczki metalowe, bambusowe, dla dwojga na romantycznie, perwersyjnie czerwone, zadziornie ozdobione, w kwiatki, paski, w biedronki i wersje disnejowskie dla dzieci- słowem sztućce owszem ale chińskie i dobrze. Oczywiście kupiłam cały solidny pakiet pałeczkowy, bo to nadal jak na polskie warunki całkiem fajna pamiątka.
spostrzeżenie: jeśli chcesz zjeść cokolwiek rodem z UE musisz się liczyć z kosmicznym i bezsensownym wydatkiem natomiast żeby kupić masło zdecydowanie musisz znać chiński bo ja do dziś nie mogę skojarzyć, która z paczuszek mogłaby nim być.
Wymiana pieniędzy również zakończyła się swego rodzaju fiaskiem, bo po odstaniu 1,5 h w niewłaściwym banku w niewłaściwej zdecydowanie kolejce odesłano mnie do banku tuż za rogiem, który był 1km od owego niewłaściwego- spacer nigdy nikomu nie zaszkodził.
Wieczorkiem w celach integracyjnych kolacja „po taniości” za jakieś 1,2 w sumie a brzuszek pełen.
Zaraz po kolacji spotkał nas nieprawdopodobny deszcz, który nareszcie zmienił nieco powietrze z lepkiej na lekką konsystencję nie na długo ale i tak to plus. Byłam kompletnie przemoczona, na ulicach były kałuże do głębokości łydki i jak na czas, w jakim spadła ta ilość deszczu to aż się wierzyć nie chce w siły natury. Burza była niesamowita; grzmoty i pioruny na zasadzie domina zarażały się jeden od drugiego.
Noc upłynęła w rytmie grzmotów i rozświetlających piorunów - ale nie przypominam sobie żebym się budziła, śpi mi się w Chinach zastraszająco dobrze.