Dzień zaczął się cudownie - bo wysiadka z pociągu. Mimo rozciągnięcia nieco kości zleżałych wybrałam się w krótką drogę do hotelu, który na całe szczęście widać z dworca- to był mieszkaniowy strzał w 10-tkę.
W Pekinie również jest niebo- i nie byłoby to nic dziwnego gdyby nie fakt, że niebo spod szarości i smrodów widzę w tym mieście po raz pierwszy. Jest równie piękne jak wszędzie i nareszcie mogę zobaczyć jak zabytki wyglądają w słońcu- oczywiście nie zawodzę się zwłaszcza Światynią Nieba. Jest piękna, zachwycająca, niesamowicie zachowana i robi wrażenie- jak wszystko w Chinach może po prostu na tym polega urok tego kraju.
Oczywiście zaplanowałam wyprawę do świątyni na piechotę, bo według mapy i mnie jest…blisko i jak zawsze okazuje się, że się myliłam. Po 4 godzinach łażenia w upale zdecydowałam się na …nic innego tylko zakupy rzecz jasna. Prezenty w Chinach kupuje się świetnie pod dwoma warunkami koniecznymi: ma się, dla kogo i wie się gdzie szukać. Jest tutaj mnóstwo miejsc, które warto odwiedzić w celach zakupowych i żałuję tylko, że nie byłam w Pekinie akurat wtedy, kiedy odbywał się targ z mydłem i powidłem, bo zapewne to byłyby prawdziwe Chiny.
Wieńcząc ostatni jako taki dzień w Chinach zdecydowałam się na typowy przysmak chińczyków, czyli na hot-pot. Wielki garnek z gotującą się zupą, do tego cos zielonego i dodatkowo jeszcze, mięsko pokrojone w drobne paseczki i ziemniaki lub ryż lub cokolwiek w kolorze bliżej białego- maczasz chwilę w garnku krzyczącym wywarem potem dodatkowo sos sezamowy i jedzono wprost genialne- nie napychające ale za to dostatnie- nie byłam w stanie zjeść wszystkiego…mniam
W związku z nieprzespaną poprzednią nocą postanowiła jedynie jeszcze sprawdzić ostatecznie miejsce odjazdu autobusu na lotnisko i spać.